Pytania i odpowiedzi opracowane na podstawie materiałów Stowarzyszenia INEIDA i Wolnej Szkoły Warszawa Bielany (opracowane w 2013 r.)

1. Czy są w Polsce szkoły demokratyczne?
2. Czy wolne szkoły to eksperyment?
3. Czy uczniowie i uczennice wolnych szkół mogą nic nie robić?
4. Czy to oznacza, że jeśli dziecko nie będzie chciało się uczyć, będziecie je zachęcać do poznawania potrzebnych mu rzeczy?
5. Jakie problemy są charakterystyczne dla specyfiki wolnych szkół?
6. Czy w ramach „wolności” dzieci mogą krzywdzić się nawzajem?
7. Jaka kara spotyka dziecko, które źle się zachowuje?
8. Ale skąd dziecko ma wiedzieć, jaka wiedza przyda mu się w przyszłości?
9. A jeśli nie będzie chciało nauczyć się nawet czytać i pisać?
10. Więc co decyduje o tym co dzieje się w szkole?
11. Czy w takim razie jeśli dziecko będzie chciało przez cały rok chodzić po lesie, nauczyciele po prostu zostawią je w spokoju?
12. Cokolwiek? A agresja, konflikty, używki?
13. Co jednak z dziećmi, które są ofiarami przemocy, na którą w żaden sposób się nie zgadzają?
14. To miła idea, żeby dzieci otrzymywały tyle indywidualnej uwagi, ale przecież w praktyce to nie jest wykonalne.

Czy są w Polsce szkoły demokratyczne?

Najprawdopodobniej od IX 2013 r. powstaną takie szkoły w Poznaniu i Warszawie, być może również w innych miastach. W Łodzi działa przedszkole demokratyczne, w Warszawie jedno z przedszkoli jest członkiem sieci AERO skupiającej organizacje i osoby zajmujące się alternatywnymi metodami edukacji.

Czy wolne szkoły to eksperyment?

Wolne szkoły istnieją od niemal 100 lat. Od dawna nie są już „eksperymentem”, a raczej alternatywną tradycją nauczania. Wokół ich praktyki i teorii narosła już bogata literatura przedmiotu i duża społeczność rodziców, nauczycieli, uczniów i absolwentów, a także badaczy i teoretyków edukacji.

Czy uczniowie i uczennice wolnych szkół mogą nic nie robić?

Jest to jedno z najczęściej zadawanych pytań w kontekście wolnych szkół. Wiele w dużej mierze zależy od definicji zwrotu "nic nie robić”. Jeżeli za "robienie czegoś” uznajemy realizowanie wyznaczonego materiału, robienie wskazanych przez nauczyciela projektów i odrabianie lekcji, wtedy musimy odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Jeśli jednak chodzi o wszelką aktywność rozwijającą dziecko, wtedy sytuacja wygląda całkiem inaczej. Dzieci zawsze "coś” robią, realizują swoje pomysły, sprawdzają hipotezy, współpracują z innymi. W wolnej szkole swoboda decydowania o tym czego dziecko się uczy, traktowana jest z całą powagą. Jeśli w danej chwili nie chce uczyć się mnożenia – nie musi.

Rodzice często boją się, że dziecko nie będzie w ogóle chciało się uczyć, zwłaszcza, że w domu tak ciężko zagonić je do nauki. I rzeczywiście, przynajmniej w danym momencie, może nie mieć ochoty na przyswajanie wiedzy akademickiej, preferując doświadczenia bezpośrednie, umiejętności interpersonalne czy artystyczne, do których tradycyjne curriculum nie przywiązuje zbyt wielkiej wagi. Jednak to nie oznacza, że dziecko się faktycznie nie uczy. Po prostu poznaje świat w sposób, który jest jej lub jemu bliższy i ciekawszy. Dzięki uzyskanej wolności, dzieci wcześnie uczą się odpowiedzialności za siebie i czują realny wpływ swoich decyzji na ich życie. Tylko w ten sposób może zrodzić się prawdziwa pasja do uczenia się.

Dorośli obawiają się, że dzieci mogące decydować o sobie popadną w inercję i marazm. Lęk taki nie jest bezpodstawny: badacze tacy jak Erich Fromm od dziesiątków lat pokazują jak trudno jest współczesnemu człowiekowi radzić sobie z wolnością. Jednak wielu teoretyków (Illich, Gatto) jest zdania, że to właśnie struktura tradycyjnej szkoły zabija zdolność do bycia wolnym i do korzystania z tego. Praktyka szkół demokratycznych pokazuje ogromne różnice w codziennym funkcjonowaniu pomiędzy dziećmi, które nigdy nie przeszły przez tradycyjne szkoły a takimi, które funkcjonowały w nich choćby przez kilka lat. Dzieci od początku kształcone w atmosferze wolności i osobistej autonomii zadziwiająco wcześnie przyswajają umiejętności, które dorośli ludzie z trudem opanowują podczas warsztatów interpersonalnych czy terapii, takie jak asertywność czy zdolność do brania odpowiedzialności za własne decyzje. Dzieci takie, gdy nie odbiera im się swobody decydowania o sobie, bynajmniej nie popadają w marazm.

Tym bardziej, że żaden uczeń ani żadna uczennica nie zostanie pozostawiony sam sobie. Pod opieką wykwalifikowanej kadry, która skoncentrowana jest na potrzebach dzieci, dużo łatwiej jest diagnozować i krystalizować zainteresowania uczniów i uczennic. Nauczyciele nie mają być przerażającymi strażnikami realizacji podstawy programowej, ale tutorami, opiekunami, doradcami

Czy to oznacza, że jeśli dziecko nie będzie chciało się uczyć, będziecie je zachęcać do poznawania potrzebnych mu rzeczy?

Innymi słowy „czy dacie dzieciom wolność, ale przypilnujecie, żeby nauczyło się wszystkiego czego potrzebuje?”. W tym pytaniu kryje się zamaskowane przekonanie, że jedne rzeczy, których dziecko może się uczyć, są lepsze (potrzebniejsze) od innych. W tradycyjnej szkole chyba każdy choć raz usłyszał argumenty nauczycieli uzasadniających potrzebę uczenia się mało ciekawego materiału: "Nie wiesz, co ci się w życiu może przydać”. Nauczyciele pracujący w wolnej szkole wychodzą z zupełnie innego założenia: dzieci uczą się dokładnie tego, co jest im w danym momencie potrzebne do rozwoju. Skoro dziecko nie wie, co może mu się przydać za 20 lat, to tym bardziej skąd może to wiedzieć osoba trzecia (rodzic, nauczyciel, minister edukacji)?

Jakie problemy są charakterystyczne dla specyfiki wolnych szkół?

Niewiele jest trudności, które dotyczą bezpośrednio samych dzieci – dla nich bowiem tryb działania takich szkół jest naturalny i dostosowany do ich indywidualnych potrzeb. Największe problemy pojawiają się, gdy dziecko przyzwyczajone do represyjnej atmosfery edukacji tradycyjnej trafia do wolnej szkoły i ma potrzebę odreagowania. Najczęściej przechodzi ono wówczas trudny czas nazywany "detoksem”, który przebiega różnie w przypadku konkretnych dzieciaków – czasem polega na całkowitej negacji uczenia się, działania (takie dzieci nie angażują się w żadne projekty, unikają zabaw z innymi, unikają jakichkolwiek obowiązków), w innych przypadkach może polegać na przenoszeniu wzorców ze szkół tradycyjnych (oczekiwanie, że będzie istniał plan lekcji, prace domowe, klasówki; niechęć do udziału w projektach, które nie są w żaden sposób oceniane). Jest to okres szczególnie trudny, ale powolne wdrażanie ich w nowy system pracy w ciągu roku przynosi znakomite efekty. Jednak należy podkreślić, że – także i w tym przypadku – nic nie jest dzieciom narzucane – to kontakt z nowym środowiskiem i poznawanie innych wzorców ma prowadzić do naturalnej zmiany postawy w takim zakresie, jaki jest danemu uczniowi czy uczennicy potrzebny.

W związku ze specyfiką wolnych szkół, najwięcej problemów można doświadczyć ze strony rodziców, a także nauczycieli (!). Osoby dorosłe, ukształtowane przez tradycyjny system edukacji mają ogromne problemy z odpuszczaniem kontroli. Nie ufają też w intuicję i inteligencję dzieci ("Sześciolatek jest za mały, żeby wiedzieć, czego powinien się uczyć”).. Ponieważ kiedy sami byli w szkole, uczyli się tych konkretnych, narzuconych przez system rzeczy ("które mogą im się przydać”) i byli oceniani, uważają, że taki model jest jedyny właściwy. Często więc pojawia się taka sytuacja, że choć rodzic teoretycznie akceptuje pomysł "wolności” w szkole, ma jednak przekonanie, że są rzeczy które dziecko w tym wieku musi umieć. Jednak szkoła zawsze staje po stronie uczniów i ich decyzji. Niestety nierzadko prowadzi to do przeniesienie ucznia do innej szkoły decyzją rodzica.

Czy w ramach „wolności” dzieci mogą krzywdzić się nawzajem?

Już ojciec idei wolnych szkół, A.S. Neil rozróżniał wolność od samowoli/bezkarności (freedom vs license). Najłatwiej dostrzec to na przykładzie. Czy naładowanemu emocjami dziecku „wolno” uderzyć kolegę? Praktyka wolnych szkół jest wszędzie ta sama: rządzi zdroworozsądkowa zasada głosząca, że wolność jednej osoby kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiej. Unikalność szkół wolnych nie polega tu na samej zasadzie, ale raczej na metodach jej egzekwowania.

Jaka kara spotyka dziecko, które źle się zachowuje?

Karanie (ani, nota bene, nagradzanie) nie jest celem wolnej szkoły. W przypadku jawnego przekroczenia granic drugiej osoby i/lub złamanie wspólnie ustalonych zasad celem nadrzędnym pozostaje dobro uczniów – zarówno pokrzywdzonych, jak i krzywdzących. Dlatego stosowane w takich placówkach metody dramatycznie różnią się od tych, którymi operują szkoły tradycyjne.

Ale skąd dziecko ma wiedzieć, jaka wiedza przyda mu się w przyszłości?

Nie wie tego ani dziecko, ani jego rodzice ani profesorowie projektujący podstawy programowe. Przekonanie, że jesteśmy w stanie przewidzieć warunki społeczno-ekonomiczne, w jakich będzie funkcjonowało dziecko kiedy dorośnie, jest złudzeniem.

A jeśli nie będzie chciało nauczyć się nawet czytać i pisać?

Problem czytania i pisania przewija się przez literaturę przedmiotu z zadziwiająca regularnością. Wydaje się być wyłącznie kłopotem rodziców. Zarówno psychologia rozwojowa, jak i praktyka szkół wolnych pokazuje, że ciekawość prędzej czy później skłoni każde dziecko do opanowania tych umiejętności. U jednych dzieci stanie się to w wieku lat 6, u innych nawet 11. Obawy rodziców budzi raczej nie tyle brak samej umiejętności, ale raczej ukryte przekonanie, że „analfabetyzm” stanowi przeszkodę w poznawaniu wszystkich innych dziedzin wiedzy i umiejętności. Jest to złudzenie. Bezpośrednie doświadczenie, modelowanie, współpraca grupowa – to tylko kilka ścieżek, poprzez które uczeń może opanowywać nawet złożone umiejętności do czasu aż zdecyduje się opanować tajemną sztukę pisania. A gdy już się na to zdecyduje, motywowana wewnętrznie nauka trwa zdumiewająco krótko.

Więc co decyduje o tym co dzieje się w szkole?

Ciekawość. Każdy, kto kiedykolwiek pracował z dziećmi, wie jak potężna potrafi być ich koncentracja na zadaniu, które naprawdę je wciąga, jak zdumiewające ilości danych potrafią wtedy przetworzyć i zapamiętać. Szkoła tradycyjna idzie pod prąd tym naturalnym siłom. Projektanci programów nauczania podejmują tytaniczne wysiłki, aby pogodzić to, co według nich interesuje dzieci z tym, co (znów – według nich) będzie im potrzebne. Kłopot w tym, że każde dziecko rozwija się zgodnie z własną dynamiką, której najlepszym wskaźnikiem jest właśnie ciekawość. Szkoła wolna, zamiast kiełznać tę dziką energie, zapewnia jej dobre środowisko do rozwoju.

Czy w takim razie jeśli dziecko będzie chciało przez cały rok chodzić po lesie, nauczyciele po prostu zostawią je w spokoju?

Skądże. Z faktu, że nauczyciele w wolnej szkole nie stosują przemocy (ani fizycznej, ani symbolicznej) nie oznacza, że nie zajmują się uczniami. Jednak zamiast poświęcać czas na „dyscyplinowanie” uczniów, starają się ich zrozumieć. Idąc za przykładem młodego miłośnika lasów, proszę sobie wyobrazić jak potężne potrzeby muszą stać za kontynuowaniem wielogodzinnych spacerów przez okrągły rok! Dla samego dziecka musi być w tym coś na tyle ważnego, że rezygnuje z zabaw z rówieśnikami, grania w gry komputerowe czy surfowania po sieci. Rolą nauczyciela jest zrozumienie tych potrzeb. Czy chodzi przede wszystkim o ciszę i spokój? Jeśli tak, jest to prawdopodobnie oznaką dużego napięcia nerwowego, z którym warto popracować innymi metodami. A może to sama przyroda jest taka pociągająca? Wtedy warto zwrócić uwagę ucznia na istniejące źródła wiedzy o niej – filmy dokumentalne, książki, internet. Tak czy inaczej, interakcja z nauczycielem pozwala uczniowi pogłębić swoje rozumienie – odpowiednio, własnych emocji lub świata przyrody. Cokolwiek się dzieje, jest dobre i rozwojowe.

Cokolwiek? A agresja, konflikty, używki?

Każde doświadczenie może być rozwojowe, w tym konflikty i przejawy agresji. Oczywiście nie oznacza to, że agresja jest w wolnej szkole aprobowana, a jedynie że nie jest w niej wypierana (w rozumieniu psychologicznym). Ryzykując popadanie w stereotyp, posłużmy się przykładem dwóch chłopców, którzy postanawiają rozstrzygnąć swój spór poprzez bójkę. W szkole tradycyjnej rolą nauczyciela jest natychmiastowe przerwanie wymiany ciosów i ukaranie obu uczniów aby pokazać im, że przemoc fizyczna nie jest akceptowaną formą wyrażania złości czy frustracji. Nie jest nią, jeśli już o tym mowa, także agresja werbalna. Ani ostracyzm grupowy czy inne formy agresji biernej. Innymi słowy, dzieci mają od małego być asertywne w pełnym znaczeniu tego słowa. Ich nauką mają być nagany od rodziców i nauczycieli. Czy można się dziwić, że w tych warunkach negatywne emocje znajdują ujście poza polem widzenia nauczycieli?

Choć może się to wydać trudne do zaakceptowania, nauczyciele wielu wolnych szkół (choć nie wszystkich) nie interweniują od razu w każdą chłopięcą bójkę, którą widzą. Oczywiście uważnie przyglądają się czy sprawy nie przybierają niebezpiecznego obrotu. Dopiero gdy pierwsze emocje ostygną, pojawia się pole do rozmowy, do prawdziwych, autentycznych mediacji.

Co jednak z dziećmi, które są ofiarami przemocy, na którą w żaden sposób się nie zgadzają?

Tu również praktyka różni się ze szkoły na szkołę. Większość z nich stosuje angażowanie całej społeczności w rozwiązanie takiej sytuacji poprzez podniesienie sprawy na wspólnym spotkaniu. W ten sposób przemoc przestaje być kwestią indywidualną pomiędzy dwiema osobami – staje się problemem całej grupy, uczniów i nauczycieli. Z biegiem lat szkoły wypracowuję też własne, unikalne metody radzenia sobie z takimi sytuacjami. Ich cechą wspólną jest inkluzywność: celem grupy nie jest ani napiętnowanie sprawcy ani przymknięcie oka na cierpienie ofiary. Wszystkie strony pozostają członkami społeczności, która razem stara się wypracować rozwiązanie.

To miła idea, żeby dzieci otrzymywały tyle indywidualnej uwagi, ale przecież w praktyce to nie jest wykonalne.

Niemal stuletnia praktyka istniejących wolnych szkół pokazuje coś wręcz przeciwnego. Przede wszystkim okazuje się, że dzieci są w stanie całkiem nieźle zagospodarowywać sobie czas. Indywidualnej uwagi wymaga ograniczona liczba dzieci na raz. Co więcej, przynajmniej część pedagogów zauważa, że uwolnienie dziecka spod ciągłej obserwacji jest nie tylko praktyczne, ale też potrzebne dla prawidłowego rozwoju. (Z jednej – Mercogliano, z drugiej – Gatto). Rolą szkoły jest więc raczej zapewnienie stymulującego środowiska dla rozwoju niż szczegółowe planowanie dnia dla każdego ucznia. Nauczyciel jest wciąż obecnym przewodnikiem, mentorem, pomocnikiem, ale nie nadzorcą. Prawdą jest jednak, że model szkoły wolnej sprawdza się raczej w placówkach małych. Indywidualna więź nauczycieli i uczniów (oraz uczniów między sobą), która jest podstawą całej pracy w takiej szkole, rozwija się swobodnie tylko w mniejszych społecznościach (ang. community).